Kto nie jest optymistą, ten jest z układu
RSS
niedziela, 27 sierpnia 2006
Uchylić ósme przykazanie

            Budowa IV RP idzie sprawnie aż miło, rewolucja moralna zbiera swoje żniwo i tylko niekiedy dochodzi do przykrych sytuacji, gdy któryś z budowniczych zapędzi się nieco i powie o dwa słowa za dużo. Ostatnio wypsnęło się Antoniemu Maciarewiczowi, ale przecież to nie pierwszy taki przypadek. Dość wspomnieć sprawę bilbordów Jacka Kurskiego czy też nieco świeższe pomówienia posła Zawiszy o milionowej łapówce dla Balcerowicza.

            W zamierzchłych czasach III RP przypisywanie komuś popełnienia przestępstwa bez żadnych dowodów były określane jako oszczerstwo i potwarz, zaś osoby które tego się dopuszczały były mniej lub bardziej surowo piętnowane (by wspomnieć gromy jakie spadły na twórców żenującej prowokacji o nazwie „Dramat w trzech aktach”). Bądźmy jednak szczerzy - były to czasy demokracji peryferii i działo się to w kraju , który jeszcze nie całkiem zrzucił jarzmo komunizmu. Teraz mamy zupełnie nową rzeczywistość i czepianie się Kurskiego czy Zawiszy, o Maciarewiczu nie wspominając, jest działaniem podstępnym i histerycznym jednocześnie. Dlatego żaden z doboszów IV RP w rodzaju Piotra Semki czy też Pawła Lisickiego nie zareagował na oskarżanie ludzi bez żadnych podstaw, nie wysmażył  felietonu w którym słowo moralność pojawiałoby po dwa razy się w każdym akapicie i przy czytaniu którego aż dudniłoby w uszach od bicia się w nieswoje piersi*. Pomówienia są bowiem czymś że wszech miar uzasadnionym w czasach rewolucji moralnej i nie wolno zapominać, że inne znaczenie należy przypisywać słowu przyzwoitość dzisiaj niż w czasie gdy Polską trząsł układ pospołu z niemieckimi rewanżystami.

            Jedynym zgrzytem może być w całej sprawie treść ósmego przykazania, dość kategorycznego w swoje treści i nieprzewidującego żadnych wyjątków dla osób posługujących się słowem moralność jak cepem. Wyraźnie bowiem widać, że w IV RP mamy pewne problemy z zakazem wystawiania fałszywego świadectwa bliźniemu swemu. Można odnieść wrażenie, że oskarżenie kogoś jest moralnym prawem i obowiązkiem każdego kto chce zrobić karierę w nowej rzeczywistości. W razie czego zawsze będzie przecież można przyznać się do doboru niewłaściwych środków stylistycznych czy – w najgorszym razie – pomyłki (jak to ujął Jacek Kurski w rozmowie z dziennikarzem TOK FM: „Ja się pomyliłem, a Maciarewicz nie mógł?”).                            

            Skoro koalicji tak sprawnie idzie przepychanie ustaw przez sejm, pardon, zgodne z demokratycznymi procedurami zapewnianie sprawności wykonywania władzy na wszystkich jej szczeblach, należałoby rozważyć wprowadzenie rozwiązania, które wyeliminowałoby tego rodzaju dysonanse w przyszłości. Proponuję uchwalić ustawę, która uchylałaby ósme przykazanie z dekalogu. Politycy PiS i tak są przeświadczeni, że mogą uchwalić wszystko, więc dlaczego mieliby się ograniczać?  

 

*jedynym wyjątkiem był  Rafał Ziemkiewicz, który w Rzeczpospolitej wyśmiał insynuacje posła Zawiszy, czym zarobił u mnie bardzo dużo punktów. .

11:52, fryderyk.moreau
Link Komentarze (4) »
środa, 09 sierpnia 2006
Proszę się nie pchać, pożytków z kaesa wystarczy dla wszystkich

            W sprawie batalii o przywrócenie kary śmierci mamy przejściowe wyciszenie, ale nie ma co się oszukiwać – temat wróci, i to bardzo szybko. Właściwie można się tylko dziwić, że trzeba było czekać aż dziewięć miesięcy, by nasi bardzo mądrzy politycy sięgnęli po tę zabawkę. Żyjemy przecież w kraju, gdzie każdy potrzebuje dowartościowania, a nie od dziś wiadomo, że nie ma lepszego sposobu na poprawienie sobie samopoczucia, jak zadeklarowania poparcia dla kary śmierci. Czasami odnoszę wrażenie, że dla niektórych entuzjazm dla kary głównej jest jednym z atrybutów postawy prawdziwego twardziela. Każdy kto gromko woła o stryczek dla pedofilów i przedstawia swoje przemyślenia na ten temat, czuje się trochę jak Bogusław Linda w „Psach II” w scenie ze Żmijewskim na strzelnicy. Niekiedy przeglądając fora internetowe nawet słyszę uszami mej wyobraźni wypowiadaną niskim głosem kwestię „najbardziej lubię zapach napalmu o poranku i wieczorne wizualizowanie sobie morderców na szubienicy”. Mniejsza z tym.

            Niektórzy zastanawiają się jak cała sprawa z pomysłem LPR dalej się potoczy. Osobiście widzę dwa rozwiązania. Albo koalicjanci pod presją  wystraszonego PiS chyłkiem wycofają się z tego projektu, albo na jesieni czeka nas trochę tylko żenujący spektakl uchwalania ustawy przez Sejm, a potem przez Senat. Abolicjonistów u nas jak na lekarstwo, a ci nieliczni na ogół nie grzeszą przesadną odwagą (chociaż sama deklaracja sprzeciwu ze strony polityka jest moim zdaniem dowodem charakteru), więc większych problemów raczej nie ma co się spodziewać i w okolicach wyborów samorządowych ustawa trafi na biurko prezydenta.

            Ten będzie miał pewien kłopot, bo akurat na jesień zapowiadana jest ofensywa dyplomatyczna  w krajach UE, zaś prowadzenie jej z etykietką zwolennika kary śmierci może być – łagodnie rzecz ujmując - utrudnione. Z drugiej strony Lech Kaczyński zadeklarował swoje poparcie dla tego pomysłu (żeby była jasność – z przyczyn ideowych, a nie koniunkturalnych, jak mniemam) i żaden list do Rady Europy tego nie zmieni. Przy tym wszystkim politycy PiS mają smutną świadomość, że UE przebaczy nam różne numery ,ale w tej akurat sprawie nie popuści. Pan prezydent może być więc w sytuacji nieco niekomfortowej.

            Rozwiązanie jest jednak o wiele prostsze nic się wszystkim wydaje. Otóż zamiast robić różne grymasy i hamletyzować, wystarczającym będzie skierowanie projektu do Trybunału Konstytucyjnego, który karę śmierci z hukiem uwali. I w ten sposób wszyscy będą zadowoleni – posłowie zagłosują jak im sumienie każe, prezydent nie będzie musiał podpisywać projektu przez który o obiadkach z Królową Elżbietą musiałby zapomnieć na długi czas, a Prawo i Sprawiedliwość dostanie do ręki kolejny pretekst do krytyki TK i całej tej niewydarzonej konstytucji, pokracznego bękarta układu i frontu obrony przestępców, przez którą nawet żadnego pedofila nie można powiesić.

            Przykro będzie jedynie naszym lokalnym de Maistre’om, którzy już od jakiegoś czasu podkreślają jak bardzo humanitarna jest kara śmierci i jak bardzo cierpi poczucie sprawiedliwości, przez to że dawno nikogo w Polsce  w majestacie prawa nie powieszono. Bardzo im współczuję, bo to byłaby wielka frajda obserwować jak – wzorem swego duchowego mistrza – spotykają się że skazańcami w celi śmierci na dzień przez egzekucją, by nieść im wsparcie i pocieszenie. Cezary Michalski wyjaśniałby im pewnie, że to wszystko wina Gazety Wyborczej i że  Adam Michnik powinien zadyndać razem z nimi, zaś Paweł Lisicki tłumaczyłby im, że mogłoby być gorzej, bo mogliby wpaść w ręce frontu światowego gejostwa.

            Cóż, nie można mieć wszystkiego
15:00, fryderyk.moreau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 lipca 2006
A dlaczego notowania miałyby rosnąć?

Ostatni tydzień przyniósł zaskakującą  dla niektórych wiadomość – PO nie obroniła przewagi nad PiS w sondażach, a nawet wręcz przeciwnie. Zastanawiałem się nad tym przez chwilę i doszedłem do wniosku, że gdyby ktoś z sondażowni zapytał mnie na jaką partię będę głosował, to moja odpowiedź brzmiałaby „nie wiem”. Zupełnie niepostrzeżenie politykom PO udało się roztrwonić kapitał zaufania i sympatii, który sprawił, że głosowałem na tę partię w zeszłym roku. Jak to się stało?

 

1. Katatonia rozsądnych.

 W ciągu ostatnich miesięcy nie brakowało w naszym życiu politycznym dramatycznych wydarzeń, w których aż prosiło się o jasne i klarowne stanowisko opozycji. Tymczasem z jakiegoś powodu politycy PO uznali, że właściwie ich obecność w mediach nie jest nikomu do niczego potrzebna i powstrzymywali się do komentarzy w większości ważnych spraw. Ożywili się dopiero przy okazji głosowań nad ordynacją samorządową, ale przez cały maj i czerwiec można było odnieść wrażenie (chyba skądinąd słuszne), że dla polityków PO trwają permanentne wakacje. Milczenie nie zawsze jest złotem, nawet gdy rządzą Giertych z Lepperem.

 

2. Program? Jaki program?     

Jedynym  projektem ustawy zaproponowanym przez PO, o jakim doniosły media, był PiSowski projekt zmian  w podatkach. Owszem, bardzo to dowcipne i perfidne, ale nie oszukujmy się – to tyle co nic. PO nie zaproponowała żadnej ciekawej nowelizacji w kwestiach które powinny jej wyborcom leżeć najbardziej na sercu – swobody działalności gospodarczej, ułatwień dla przedsiębiorców, realnych zmianach w ordynacji podatkowej, kosztach pracy etc. Czy to naprawdę taki wysiłek poprosić dwóch profesorów i jednego adwokata o przygotowanie kilku projektów ustaw i zorganizować w większych miastach kilka spotkań na ten temat? Czy nie można zrobić poważnej konferencji prasowej na temat podatków ? Założyć strony internetowej dla pracodawców? Wiem, że to są rzeczy żmudne i trudne, ale na tym właśnie polega bycie w opozycji. Opieprzać to się może minister rolnictwa. 

 

3.Partia bez twarzy

Można naigrywać się do woli z polityków PiS i ich krótkiej ławki, na początku której siedzi Gosiewski, a na końcu Suski, ale bądźmy szczerzy - ilu jest rozpoznawalnych polityków Platformy? Trzech? Czterech? PO cierpi na tę samą chorobę co PiS, tylko zupełnie z dnia sobie nie radzi – nie ma komu komentować bieżących wydarzeń. Ostatnio w bardzo ciekawej sprawie SKOKów usiłował wypowiadać się poseł Nitras i przykro go było słuchać. Trząsł mu się głos jak uczniakowi który na szkolnym apelu wypomina dyrektorowi szkoły kradzież funduszów na kredę – bez pomysłu, bez przekonania i bez ikry. Próbowałem sobie wyobrazić jak taki przekręt przedstawiałby poseł Kurski i wnioski z tego porównania były bardzo niewesołe. Trzeba to sobie jasno powiedzieć – na samych charyzmie i elokwencji Rokity i młodzieńczym wdzięku  Tuska daleko zajechać się nie da. Kompletnym niewypałem okazał się gabinet cieni, który – zgodnie z nazwą po miesiącu odsunął się w cień.           

  

To wszystko na razie nie jest przesadnie niebezpieczne, bo do wyborów droga daleka (samorządowe mimo wszystko rządzą się swoimi prawami), ale na dzisiaj trzeba to jasno powiedzieć – nie będę na nikogo głosował tylko dlatego, że nie nazywa się Prawo i Sprawiedliwość ani Sojusz Lewicy Demokratycznej. To już wolę w domu zostać.    
19:44, fryderyk.moreau
Link Komentarze (5) »
sobota, 22 lipca 2006
Kali przeprowada rewolucję moralną

          Za każdym razem, kiedy obecni koalicjanci wycinają jakiś naprawdę ostry numer (tak jak na przykład dzisiaj z ordynacją), na wszelkiego rodzaju forach, nie tylko internetowych, odzywają się głosy które z grubsza sprowadzają się do jednego stwierdzenia: „no co, SLD to samo robiło, i nikt wtedy nie protestował”. Wyraźnie więc widać, na czym polega rewolucja moralna: robimy to samo co poprzednicy i oburzamy się, gdy ktoś nam czyni z tego zarzut.

            Można się więc domyślać, że dla najbardziej wytrwałych zwolenników PiS problem zacznie się dopiero wtedy, gdy partia braci Kaczyńskich przebije swoich poprzedników w bezczelności, cynizmie czy też nonszalanckim podejściu do reguł demokracji. Dopóki wyskoki polityków Prawa i Sprawiedliwości mieszczą się w granicach wyznaczonych przez SLD, nie ma sprawy. Wręcz nietaktem jest czynienie rządzącym zarzutu, że powielają występki swoich poprzedników – powinno się raczej pochwalić, że nie posuwają się dalej, a przecież mogą ( bo kto im zabroni?). Należy wręcz pochwalić koalicję, bo przecież mogła wpisać do ordynacji zakaz wystawiania kandydatów do samorządów przez partie, z których  nie wywodzi się premier, wicepremier, prezydent lub -  dla zapewnienia pełnego pluralizmu -   marszałek sejmu. Ze swej strony pragnę w tym miejscu wyrazić uznanie dla p. Kaczyńskich, Giertycha i Leppera za tak restryktywne podejście do zasad demokracji.

            W sumie nie ma tym nic dziwnego ani zaskakującego. Jedyne co mnie osobiście zastanawia, to trzeba było aż zmieniać numerację państwa, by rządzić zgodnie że standardami wyznaczonymi przez postkomunistów?                    

19:38, fryderyk.moreau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 lipca 2006
Już za rok matura

            Nie bardzo rozumiem tę całą awanturę związaną z zarządzoną przez Giertycha amnestią dla uczniów, którzy nie byli w stanie uciułać tych marnych 30 procent na maturze. To znaczy, oczywiście podzielam i rozumiem oburzenie jakie ta skandaliczna decyzja wywołała, ale dziwi mnie pobrzmiewający niekiedy ton zaskoczenia czy też niedowierzania. To już zahacza o naiwność.

            Po pierwsze, na dobrą sprawę nie dostrzegam większych różnic pomiędzy postępowaniem najmłodszej latorośli rodu Giertychów wobec leniwych maturzystów, a zachowaniem jakie prezentowały (rzecz nie dotyczy tylko PiS) rządy wobec górników w sprawie wcześniejszych emerytur i przejadania zysków kopalń. Analogia jest dla mnie zupełnie oczywista: dla doraźnego poklasku podejmuje się decyzję złą, szkodliwą i demoralizującą, której negatywne konsekwencje będą powracały po wielekroć w przyszłości. Giertych jest tutaj w sytuacji nawet odrobinę lepszej, bo jego postępowanie wynikało z czystego oportunizmu i nie było podszyte paraliżującym strachem przed dzikimi hordami grożącymi demolką miasta.                 

            Po drugie, przez ostatnie kilka miesięcy niektórzy zamknęli kurczowo oczy i nie chcieli zauważać, że jednak Polska to nie Włochy i nie można bezkarnie dopuszczać populistów do władzy. Populiści w rządzie nie są od podejmowania trudnych decyzji, tylko od podlizywania się publice. Skoro Jarosław Kaczyński uznał, że wpuści Giertycha do rządu i powierzy mu edukację narodową i decyzja ta została zaakceptowana przez intelektualistów tej rangi co profesorowie Krasnodębski i Legutko, to nie wiem czy w ich obecnym darciu szat jest więcej hipokryzji czy amnezji. Trzeba to sobie brutalnie uzmysłowić: Giertych i Lepper w rządzie to tykające bomby, które co pewien czas będą wybuchać ku uciesze gawiedzi, aż do destrukcji całkowitej.     

            Po trzecie wreszcie, widać jak miałkimi argumentami posługiwali się dobosze IV RP w czasie tworzenia koalicji. Nominacja Giertycha wywołała wówczas wielkie wzburzenie, które medialni mecenasi PiS kompletnie lekceważyli. Do dziś słyszę te wypowiedzi m.in. Piotra Zatemby, który bez większych emocji tłumaczył, że to nic złego, że Giertych nie zna się na edukacji, bo przecież minister ma być politykiem z wizją, a ekspertów zawsze można sobie dobrać. Po powołaniu Giertycha, wsłuchując się w niektóre głosy, można było wręcz odnieść wrażenie, że niedobrze jest jak minister się na czymś zna, bo to paraliżuje jego działania. Kompletna ignorancja Giertycha w sprawach edukacji została więc puszczona w niepamięć i każdy kto wtedy krytykował nowego ministra powinien sobie – zdaniem niezależnych i obiektywnych publicystów (w skrócie NOPów) - przypomnieć co robił za czasów Wiatra i Łybackiej. Teraz wyraźnie widać jak żenująca była tamta obrona decyzji Jarosława Kaczyńskiego, której w istocie obronić się nie dało.                 

21:36, fryderyk.moreau
Link Komentarze (4) »
Kraj budzący kontrowersje

Na marginesie zadymy o naszą politykę zagraniczną, polecam mały fragmencik z bloga Ryszarda Czarneckiego, poświęcony Chinom. Rzecz jest o tyle istotna, że pewnie w sytuacji gdy Samoobrona przypuści szturm na te ministerstwa od których PiS trzyma ją jeszcze na dystans, Czarnecki pewnie będzie upychany na fotelu wiceministra spraw zagranicznych:

 

            Najliczniejszy kraj świata, najbardziej dynamiczna gospodarka globu, mocarstwo polityczne, potęga militarna, gospodarz najbliższej letniej olimpiady, symbol rozwoju, a jednocześnie kraj budzący kontrowersje ze względu na swoiste podejście do praw człowieka (władze chińskie zdają się w tej sprawie kierować starym polskim przysłowiem: "co kraj - to obyczaj"...).  

 

http://www.ryszardczarnecki.pl/pl/?page=blog_tresc&id=792

 

A oto garść informacji na temat obyczajów panujących u gospodarzy naszego szanownego europarlamentarzysty:

 

http://www.amnestyusa.org/countries/china/index.do

 

Czekam z napięciem na dalsze relacje dzielnego pana Ryszarda z Państwa Środka i jego błyskotliwe refleksje na temat priorytetów naszej polityki zagranicznej.

 

21:02, fryderyk.moreau
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 lipca 2006
Pierwsze pożarte dziecko rewolucji (moralnej)

            Powiedzmy sobie szczerze – dni Wildsteina w telewizji publicznej są już policzone. Nie zakładałbym się nawet, czy dotrwa do końca tego tygodnia. Przypuszczam, że jego los był na szali, gdy ważyła się obecność Andrzeja Leppera na uroczystości zaprzysiężenia rządu.

            Oczywiście ta dymisja spowoduje małe zamieszanie, może trochę większe. Gwiazdy nowych bezkompromisowych i obiektywnych mediów oderwą się na jeden dzień od swoich ulubionych tematów ( Igor Zalewski od Unii Wolności, Cezary Michalski od Gazety Wyborczej a Piotr Semka od niemieckich homoseksualistów), by żałośnie zakwilić nad dymisją najbardziej bezkompromisowego dziennikarza w kraju. Dąsy na Jarosława Kaczyńskiego będą trwały może nawet przez tydzień, ale potem ruszy druga edycja konkursu na najbardziej wazeliniarskie porównanie nowego premiera do gigantów polityki XX wieku   (w poprzednim rozdaniu padły nazwiska de Gaulle’a, Adenauera i Thatcher, w przyszłym czas na polityków amerykańskich - podpowiadam, że Ronald Reagan też zajmował się aktorstwem).  

            A mi Widlsteina jakoś nie będzie żal. To znaczy, podobała mi się nawet telewizja pod jego światłym kierownictwem, plany też miał bardzo ambitne, ale mierziła mnie wszechobecna hipokryzja. Z jednej strony Wildstein deklarował, że nie najął się do cyrku i srożył się na tych którzy ośmielali się go krytykować, ale z drugiej doskonale zdawał sobie sprawę z tego, komu zawdzięcza nominację. Bez problemu zaakceptował podsuniętą mu przez Kaczyńskiego szefową programu pierwszego i bez widocznego obrzydzenia  znosił w zarządzie towarzystwo tak wybitnego specjalisty od mediów jak p. Farfał. Te same mechanizmy które wyniosły go na te stanowisko teraz go z tej posady zmiotą, gdy więc będzie sarkał na nieposkromione apetyty polityków, powinien wspomnieć swoją rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim. W czasie tego spotkania zaakceptował przecież reguły gry, która w żadnym cywilizowanym kraju nie jest prowadzona.

            Po dwóch tygodniach  jednak wszystko wróci do normy – Widlstein we Wprost będzie gromił postkomunistyczną nomenklaturę i Warszawkę, Igor Zalewski w Dzienniku będzie pastwił się nad politycznymi trupami, Cezary Michalski będzie prowadził bezkompromisową wojnę że swoim ulubionym wrogiem z ulicy Czerskiej  zaś Piotr Semka będzie nas przestrzegał przed gejami spod Kolumny Zwycięstwa. A wszyscy razem w jednym chórze będą wychwalać geniusz Jarosława Adenauera Kaczyńskiego, odrąbującego kolejne głowy  hydrze zwanej Układem.       

21:56, fryderyk.moreau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 czerwca 2006
Uzysk z kosztów uzysku

            Zostawmy na chwilę na boku kwestię, czy naukowcom i artystom należy się ta ulga czy też nie. Każdy ma swoje zdanie w tej sprawie, każdy to mierzy własną miarą. Dla mnie w całej sytuacji co innego jest o wiele bardziej interesujące – dalsza kariera Zyty Gilowskeij.

            Analizując rzecz na  spokojnie, sytuacja wygląda dla niej bardzo niefajnie. Ostatnio ktoś napisał, że lepiej zadrzeć z władzą niż z własnym środowiskiem. Pani wicepremier położyła na szali cały swój prestiż i dla likwidacji tej ulgi zadarła ze środowiskiem uniwersyteckim z którego się przecież wywodzi, po to tylko by w spektakularny sposób doznać upokorzenia od pana prezydenta. Co więcej – okazało się, że w sytuacjach naprawdę trudnych, Gilowska może liczyć tylko na siebie, bo nawet popierający ją Marcinkiewicz wolał jechać do Reichu oglądać jak dostajemy baty do Murzynów niż zabrać głos w jej obronie. Żeby było jeszcze gorzej, otoczenie prezydenta posłużyło się Gilowską w sposób dość cyniczny, bo przecież – czego żaden z miłościwie nam panujących komentatorów nie zauważył – projekt likwidacji kosztów uzysku został przedstawiony dwa i pół miesiąca temu. Przez ten czas nikt z PiS nie pofatygował się do Gilowskiej i nie raczył jej powiedzieć, że ten numer nie przejdzie, więc może lepiej chyłkiem się z niego wycofać. Wręcz przeciwnie, bracia Kaczyńscy czekali spokojnie aż Gilowska wejdzie w konflikt z profesurą, tylko po to, by móc odegrać rolę dobrych wujków z prointeligenckim nastawieniem.

            Nauka dla pani wicepremier jest więc następująca: na przeprowadzenie jakichkolwiek sensownych reform nie ma co liczyć, zaś przedstawianie kolejnych projektów zmian podatkowych będzie miało tylko taki skutek, że bracia Kaczyńscy będą mogli się od nich odciąć. Jaki jest sens dalszego trwania na stanowisku w takich warunkach - tego nie wiem, podejrzewam że profesor Gilowska też nie.

            Gdyby polska polityka  była logiczna, jutro Gilowska podałaby się do dymisji, zaś nowym ministrem finansów zostałby Cezary Mech.                   

18:28, fryderyk.moreau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 30 maja 2006
Kod Jarosława Kaczyńskiego

Wielkimi krokami zbliża się kongres PiS, dzisiaj w Wyborczej można przeczytać, że będzie to wielka demonstracja siły. Można w ciemno liczyć na kolejne wielkie przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, które znowu wstrząśnie polską sceną polityczną. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by przewidzieć co się w nim znajdzie: najpierw szarża na Platformę, potem trochę propagandy sukcesu, następnie zapowiedź czekających nas trudności na drodze do lepszego jutra plus trochę retoryki wojennej (spodziewam się hasła w rodzaju „w miarę budowy IV RP walka z układem zaostrza się”), potem jeszcze kilka słów o PO i na zakończenie coś optymistycznego.

            Znając życie, Kaczyński powie znowu coś takiego, co zbulwersuje wielu ludzi, którzy nie do końca podzielają jego poglądy na polską rzeczywistość i co potem będzie przedmiotem wielu analiz i interpretacji. Sam wielokrotnie uległem tej sztuczce i traktowałem poważne  różnego rodzaju zapowiedzi nadpremiera, wyciągałem z niech daleko idące wnioski i usiłowałem zrozumieć jego logikę. Po siedmiu miesiącach wiem, że była to kompletna strata czasu, zaś w tym przekonaniu utwierdziła mnie wypowiedź dla The Economist, która wedle mojej wiedzy przeszła w Polsce zupełnie bez echa, a szkoda. Dziennikarz zapytał Kaczyńskiego o jego słynną uwagę na temat braku wolnych mediów w Polsce i w odpowiedzi usłyszał, że była to świadoma przesada, za pomocą której Kaczyński chciał zwrócić uwagę na pewien problem. „Gdybym powiedział, że media nie zawsze są całkowicie wolne, nikt by tego nie zauważył.Ale media są bardzo stronnicze”. Ot i tyle.

            Kiedy więc w niedzielny wieczór będziemy trawić przemyślenia, którymi kilka godzin wcześniej podzieli się z nami najpotężniejszy polityk w Polsce, warto sobie uświadomić, że przynajmniej część z jego wypowiedzi to świadoma przesada, która ma zwracać uwagę szerszej publiczności na jakiś problem. Po prostu Jarosław Kaczyński obawia się, że jeżeli nie będzie wystarczająco radykalny, to nikt nie zwróci uwagi na jego wypowiedzi.                     

11:07, fryderyk.moreau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 maja 2006
Łyżką, a nie chochlą

            Aż przyjemnie oglądać, jak Andrzej Lepper pogrywa sobie z Jarosławem Kaczyńskim. Kiedyś wydawało mi się, że po wy borach i załamaniu rozmów PiS z PO cała sytuacja trochę przerosła lidera Samoobrony, teraz widzę, że nie doceniałem pana wicepremiera. Strategia jego działań jest prosta i zachwycająco skuteczna: krok w tył i dwa kroki do przodu.

            Po wyborach Kaczyński deklarował, że trzeba czekać co najmniej rok, zanim dopuści do koalicji z Samoobroną. Lepper nie obraził się, poczekał cierpliwie sześć miesięcy i proszę – jest wicepremierem. Polityków PiS śmieszyły zapowiedzi wpuszczenia ludzi z Samoobrony do mediów publicznych – Lepper nie rzucał się, nie tupał, tylko czekał – i proszę, Anna Milewska jest członkiem zarządu TVP ( swoją drogą skład nowego zarządu Telewizji Polskiej wyraźnie pokazuje, że opowieści o bezkompromisowości Bronisława Widlsteina były nieco przesadzone). Kaczyński zapowiedział, że do resortów siłowych Samoobrony nie wpuści – Lepper nie obraża się, nie wykłóca, tylko spokojnie czeka aż go sami poproszą. Aktyw Samoobrony z niepokojem dopytuje się o spółki Skarbu Państwa – Lepper odpowiada, żeby się nie niecierpliwić, bo za kilka miesięcy pierwsze posadki będą do wzięcia.

            I tak spokojnie, powolutku, bez emocji i spazmów coraz większa ilość stanowisk zostaje obsadzona przez ludzi w biało – czerwonych krawatach. Jeżeli potwierdzą się sondaże wskazujące na nieubłagany spadek notowań PiS ( a wiem, że są sondaże, które pokazują coś wręcz przeciwnego), to po wakacjach może się okazać, że Samoobrona ma w garści PiS, i może wymuszać na nim wszystko, grożąc wyjściem z koalicji. Wtedy okaże się, kto jest naprawdę Wielkim Strategiem.     

09:43, fryderyk.moreau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 maja 2006
Demedietyzacja rzeczywistości czyli upisowienie mediów

            Właściwie o nowym prezesie TVP powiedziano już wszystko i na wiele różnych sposobów. Dla mnie osobiście Wildstein jest z jednej strony postacią absolutnie fascynującą, jego życie mogłoby być kanwą dla bardzo dobrej powieści, z drugiej strony za często wyłazi z niego natura bolszewika, który po uważaniu wskazuje, kto jest prawym obywatelem a kogo należy rozstrzelać. Jest to jednak rzecz drugorzędna.

            Ważniejsze jest, że z jego powołaniem Kaczyński pozbawił się prawa do używania argumentu o nieprzychylnych PiS mediach, które zażarcie broniąc układu w miażdżącej większości histerycznie atakują biednych, zahukanych i nieporadnych polityków PiS. Obecnie bowiem PiS:

- ma w kieszeni telewizję publiczną ( i proszę nie pieprzyć mi o niezależności Wildsteina, bo ja jakoś nie słyszałem, by kandydat na szefa BBC na dzień przed swoją nominacja spotykał się z Tony Blairem albo kandydat na szefa ZDF umawiał się na pogaduszki z Angelą Merkel);

- cieszy się przychylnością koncernu Springera (regularnym gościem „Dziennika” jest Lech Kaczyński, gwiazdy „Newsweeka” typu Piotr Zaremba są etatowymi obrońcami polityki PiS, „Fakt” zajmuje się głównie promocją premiera);

- Wprost na zmianę wychwala albo Dorna albo Ziobro;

- lada chwila PiS położy łapę na PAP i radiu publicznym.

O Gazecie Polskiej, Tygodniku Solidarność, Telewizji Puls czy innych mediach niszowych nawet nie wspominam.

            Oczywiście nawyk do użalania się nad tym, jak to liberalni dziennikarze nas nie lubią, pozostanie, ale powiedzmy sobie wyraźnie: PiS kontroluje już tak znaczną część mediów, że ewentualna niechęć Wyborczej, Polityki czy Polsatu będzie kiepską wymówką. Siły się wyrównały i czas skończyć to żenujące skamlenie o lumpenliberalnej nagonce.                    

10:35, fryderyk.moreau
Link Komentarze (2) »
Ile jest warte słowo Rokity?

            Platforma Obywatelska zaczyna się specjalizować w łamaniu własnych deklaracji. Kilka miesięcy temu jeszcze jakoś im się upiekło, kiedy zarząd partii oświadczył, że jednak przełamią obrzydenie i wezmą tę paskudną kasę z budżetu państwa. Trzy dni temu wszyscy widzieli, co zrobił Rokita. Moim zdaniem lepiej było wywalić kasę na dobrych adwokatów i poużerać się z Wieczerzakiem w sądach niż korzystać z wątpliwej uprzejmości kolegów z PiS i LPR.    

            Ta elastyczność w podejściu do własnego programu (by użyć bardzo łagodnego eufemizmu) na pewno nie wyjdzie PO na zdrowie. Wyborca bowiem widzi wyraźnie, że Platforma nie traktuje swoich przyrzeczeń poważnie i w sytuacji, kiedy jest pod ścianą zapomina o wszystkich swoich wcześniejszych obietnicach. To bardzo głupie postępowanie, bo jedynym kapitałem partii w opozycji jest jej program. Paradoksalnie, na łamanie własnych obietnic wyborczych może sobie pozwolić PiS, bo jest u władzy i robi tyle zamieszania, że nawet te głupie trzy miliony mieszkań rozpłynęły się praktycznie niezauważalnie, o dwóch progach podatkowych nie wspominając.

            PO jest w opozycji i wkrótce pojawi się kłopotliwe pytanie: skoro oni teraz nie traktują swojego programu poważnie, to co będzie, gdy (jeżeli…) dojdą do władzy?            

10:10, fryderyk.moreau
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 maja 2006
Nieskromnie

To jest wpis sprzed miesiąca:

http://ojczyznaszarzyzna.blox.pl/2006/04/Jedyny-sposob-na-wyjasnienie-watpliwosci-1.html

A to jest wiadomość sprzed godziny:

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3341550.html

Aż strach pomysleć, kto tego bloga czyta...

19:34, fryderyk.moreau
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 maja 2006
Sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna

Obejrzałem i wysłuchałem z wielką uwagą orędzie pana prezydenta i doszedłem do wniosku, że albo ja jestem głupi, albo ktoś usiłuje nieudolnie zrobić mnie w balona. Gdyby bowiem przeanalizować na poważnie wystąpienie Lecha Kaczyńskiego, to okaże się, że zawarte w nim tezy są wewnętrznie sprzeczne. Ale po kolei:

- rząd który właśnie powstał jest bardzo dobry (jest „bramą do lepszej przyszłości”), ale koalicja powstała z winy PO. Skoro koalicja jest taka świetna, to dlaczego pan prezydent mówi o „winie” PO ? Powinien mówić o zasługach tej partii, bo przecież przyczyniła się do powstania dobrego rządu.

- rząd przez ostatnie sześć miesięcy nie mógł nic zrobić (i dlatego trzeba było dokooptować koalicjantów), ale sytuacja w kraju dzięki rządowi rozwija się świetnie. Jeżeli rząd nie mógł nic zrobić, to jak przyczynił się do rozwoju gospodarczego w kraju?

- pomimo dobrania świetnych koalicjantów, kierunki polskiej polityki zagranicznej są niezagrożone, ale pan prezydent będzie stał na ich straży. Jeżeli są niezagrożone, to po co jeszcze prezydent do ich pilnowania?

- jeżeli winą PO było to, że nie poparła wniosku o rozwiązanie sejmu, to czemu rząd jest tworzony przez dwie partie, które też glosowały przeciwko samorowiązaniu?              

- jeżeli sytuacja w kraju jest bardzo dobra, to dlaczego pan prezydent wygłasza orędzie, w którym uspokaja Polaków, że sprawy idą w dobrym kierunku?

            Nic z tego nie rozumiem.     

00:05, fryderyk.moreau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 09 maja 2006
Śpiąca Królewna Platforma i Królewicz Elektorat

            Rozczarowaniem jest dla mnie postawa Platformy w ostatnich dniach. Największa partia opozycyjne, ciesząca się dość dużym poparciem w sondażach milczy w czasie rekonstrukcji  gabinetu – czegoś takiego nowoczesne demokracje nie widziały. Na początku myślałem, że politycy PO wzięli sobie po prostu wolne na długi weekend i wiadomość o powstaniu koalicji zaskoczyła ich przy grillu – cóż, zdarza się. Im zdarza się to wyjątkowo często. Długi weekend dawno minął, a cała wierchuszka PO (poza jednym wywiadem Tuska, niezbyt odkrywczym skądinąd) nadal milczy jak zaklęta. Wiedziałem, że Platforma jest partią ludzi nielubiących się przepracowywać, ale takie nieróbstwo to jednak pewne przegięcie. Wychodzi bowiem na to, że w czasie gdy Jarosław Kaczyński popełnia kolejny największy błąd w swoje politycznej karierze, Platforma spokojnie i bez większych emocji osuwa się w wewnętrzny kryzys.

            Osobną sprawą jest postawa Rokity, którego także gdzieś wywiało. Cechą tego polityka jest to, że ilekroć dzieje się w Polsce coś ważnego, jego przy tym nie ma. Zniknął bezpośrednio po porażce w wyborach parlamentarnych, nie było go w końcówce wyborów prezydenckich, nie uczestniczył w debacie w której Jarosław Kaczyński wygłosił swoje polityczne credo i teraz też go nie ma. Mam do Rokity pewien sentyment, ale poważny polityk tak nie postępuje.

            Obawiam się więc, że PO po raz kolejny popełnia ten sam błąd – uważa, że nie ma co tyrać i przemęczać się, bo wyborcy  i tak sami przyjdą. Dostrzegam tu pewne analogie ze świętej pamięci Unią Wolności, która też w kluczowych momentach przyjmowała strategię Śpiącej Królewny. Rezultat może być ten sam – owszem, Królewicz Elektorat przebudzi Królewnę Platformę, ale kopniakiem, a nie pocałunkiem.                      

08:46, fryderyk.moreau
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8